Są takie tematy w autyzmie, które bardzo łatwo uprościć. Jednym z nich jest teoria umysłu, czyli zdolność rozumienia, że druga osoba ma swoje myśli, intencje, emocje, przekonania i potrzeby. Brzmi naukowo, ale w życiu codziennym chodzi o coś bardzo zwyczajnego: czy potrafimy domyślić się, co ktoś może czuć, czego może nie wiedzieć, dlaczego zachował się w określony sposób albo czego od nas oczekuje w danej sytuacji.

Przez lata wokół tego tematu narosło wiele nieporozumień. Czasem mówi się, że osoby autystyczne „nie mają teorii umysłu” albo „nie rozumieją innych ludzi”. I to jest bardzo krzywdzące uproszczenie. Bo nie chodzi o brak. Nie chodzi o pustkę. Nie chodzi o to, że osoba w spektrum nie ma empatii albo nie interesuje się drugim człowiekiem. Chodzi raczej o to, że dla wielu osób autystycznych odczytywanie stanów innych ludzi może być trudniejsze, mniej intuicyjne, bardziej męczące albo wymagać więcej świadomego wysiłku.

Autorzy komentarza opublikowanego w Psychological Inquiry zwracają uwagę właśnie na tę różnicę. Ich zdaniem nie powinniśmy mówić o teorii umysłu w sposób zero-jedynkowy: ktoś ją ma albo jej nie ma. Tak nie działa rozwój człowieka. Tak nie działa autyzm. I tak nie działa codzienne życie społeczne.

Teoria umysłu jest raczej czymś stopniowalnym. Jedna osoba może świetnie odnajdywać się w rozmowie jeden na jeden, ale gubić się w większej grupie, gdzie trzeba jednocześnie śledzić żarty, aluzje, zmianę tematu, mimikę kilku osób i to, kto co już wie. Ktoś inny może bardzo dobrze rozumieć emocje bliskich, ale mieć trudność w szybkiej interpretacji sytuacji społecznych, zwłaszcza gdy są niejasne albo pełne niedopowiedzeń.

I to jest ważne. Bo wtedy przestajemy patrzeć na osobę autystyczną przez pryzmat braku. Zaczynamy patrzeć przez pryzmat obciążenia, wysiłku i kontekstu.

Autorzy artykułu podkreślają, że przez ostatnie 40 lat powstało bardzo dużo badań dotyczących teorii umysłu w autyzmie. Co istotne, wiele z nich zostało później podsumowanych w metaanalizach, czyli analizach zbierających wyniki wielu różnych badań. I ich wniosek jest dość spójny: średnio osoby autystyczne wypadają słabiej niż osoby nieautystyczne w zadaniach mierzących teorię umysłu. Ale słowo „średnio” ma tu ogromne znaczenie.

Bo to nie oznacza, że każda osoba autystyczna będzie miała taką samą trudność. Nie oznacza też, że można na tej podstawie oceniać czyjąś wrażliwość, dobroć albo zdolność do relacji. Oznacza jedynie, że w grupie osób autystycznych częściej obserwuje się pewne trudności w obszarze odczytywania stanów mentalnych innych ludzi.

Dla mnie najważniejsze w tym tekście jest właśnie odejście od skrajności. Z jednej strony autorzy nie zgadzają się z twierdzeniem, że teoria umysłu w autyzmie to „zła nauka” albo przestarzały pomysł. Z drugiej strony wyraźnie zaznaczają, że teoria umysłu nie tłumaczy całego autyzmu. Nie wyjaśnia potrzeby rutyny, silnych zainteresowań, nadwrażliwości sensorycznych, uwagi do szczegółu czy sposobu przetwarzania świata. Autyzm jest zbyt złożony, żeby zamknąć go w jednym mechanizmie.

I to jest bardzo uczciwe podejście.

Bo jeśli widzimy dziecko, które nie odpowiada na emocje innych w sposób, jakiego oczekuje otoczenie, nie powinniśmy od razu zakładać braku empatii. Czasem to dziecko nie odczytało sygnału. Czasem odczytało go za późno. Czasem nie wie, jak zareagować. Czasem jest przeciążone. A czasem rozumie dużo więcej, niż pokazuje na zewnątrz.

W praktyce rodzicielskiej i edukacyjnej to ma ogromne znaczenie. Bo jeśli uznamy, że dziecko „nie chce”, możemy je zawstydzać, karać albo wymagać zachowań, których jeszcze nie potrafi wykonać. Jeśli uznamy, że dziecko „nie umie jeszcze” albo „potrzebuje wsparcia w rozumieniu sytuacji społecznych”, otwieramy zupełnie inną drogę. Drogę uczenia, tłumaczenia, modelowania i budowania poczucia bezpieczeństwa.

Autorzy zwracają też uwagę na coś bardzo ważnego: trudności w teorii umysłu mogą mieć realne konsekwencje w życiu. Mogą wpływać na relacje, funkcjonowanie w grupie, bezpieczeństwo, podatność na wykorzystanie czy niezrozumienie intencji innych ludzi. Dlatego mówienie o tych trudnościach nie jest stygmatyzacją. Może być formą ochrony, jeśli robimy to mądrze i z szacunkiem.

Nie chodzi o to, żeby powiedzieć: „osoby autystyczne nie rozumieją ludzi”. Chodzi o to, żeby powiedzieć: „część osób autystycznych może potrzebować wsparcia w rozumieniu sytuacji społecznych, intencji, emocji i ukrytych zasad relacji”. To ogromna różnica.

I jeszcze jedno. Te umiejętności można ćwiczyć. Nie przez zmuszanie dziecka do bycia „jak wszyscy”, ale przez pomaganie mu rozumieć świat społeczny w sposób bardziej dostępny. Przez konkret, powtarzalność, scenki, rozmowy po sytuacjach, nazywanie emocji, tłumaczenie intencji i dawanie czasu na reakcję.

Dla mnie ten artykuł jest ważny, bo pokazuje, że prawda leży daleko od haseł. Osoby autystyczne nie są pozbawione empatii. Nie są „zamknięte na innych”. Ale wiele z nich może doświadczać świata społecznego jako bardziej skomplikowanego, szybkiego i nieoczywistego niż osoby neurotypowe.

A jeśli tak jest, to naszym zadaniem nie jest oceniać. Naszym zadaniem jest tłumaczyć świat tak, żeby był mniej chaotyczny.

Bo dziecko, które nie odczytuje aluzji, nie jest niegrzeczne. Dziecko, które nie wie, że ktoś poczuł się urażony, nie musi być obojętne. Dziecko, które nie reaguje tak, jak oczekujemy, nie zawsze nie czuje. Czasem po prostu potrzebuje więcej pomocy, żeby połączyć sygnały, słowa, emocje i kontekst w jedną całość.

I właśnie dlatego warto mówić o teorii umysłu spokojnie, bez skrajności. Nie jako o etykiecie. Nie jako o zarzucie. Ale jako o jednym z obszarów, w których część osób w spektrum może potrzebować realnego, mądrego wsparcia.

Źródło: Baron-Cohen S. i wsp., Do Autistic People Have Degrees of Disability in Theory of Mind? The Importance of Meta-Analytic Convergence, Psychological Inquiry, 2025.